Amitur
Przyszedł w końcu czas na odchudzanie! Ani się obejrzałam a wyglądałam potwornie, wszędzie te brzydkie fałdy tłuszczu. To wszystko przez tę mroźną zimę! Szare wieczory, zimno, ciemno, człowiek tylko by pochłaniał, żeby poczuć to przyjemne ciepło w brzuchu. Ale teraz koniec z tym, nie można siebie aż tak zaniedbywać. Nadeszły wakacje, czas urlopów, muszę to jakoś sprytnie wykorzystać, żeby znowu wyglądać świeżo, młodo i atrakcyjnie. Koleżanka z pracy poradziła mi, żebym wybrała się na wczasy odchudzające. Biorąc pod uwagę fakt, że moje dzieci też zaniedbałam, ta opcja wydawała mi się odpowiednia. Program wymienionych przez koleżankę wczasów wymieniał także punkt: odchudzanie dla dzieci. Przyda nam się takie wspólne, rodzinne odchudzanie! Mojego entuzjazmu nie podzielał mąż. Odfuknął, że jego to całe odchudzanie nie dotyczy, on się czuje w swojej skórze bardzo dobrze. Nawet śmiał się ze mnie cały wieczór: wczasy odchudzające to jakiś żart! Pewnie będzie tam mnóstwo leniwych ludzi i tylko plackiem na plaży będziecie leżeć! Przestał się śmiać, gdy przedstawiłam mu program, szczególnie ten obejmujący odchudzanie dla dzieci. Nie było tam miejsca na nudę, dni były wypełnione sportem (pływanie, bieganie po plaży, poranna gimnastyka, rower i koszykówka), ale także atrakcjami typu dyskoteki, wieczorki poetyckie, ogniska z gitarą (ale już bez kiełbasek!). Organizatorzy robili wszystko, żeby wczasowicze nie mieli czasu na myślenie o posiłkach, o podjadaniu. Najbardziej w programie podobało mi się hasło: w czasie wczasów mówię nie batonowi i czekoladzie, ale mówię tak sałacie i marchewce.